Jasna strona ciemności

Czy można sobie wyobrazić życie w kraju, gdzie przez ponad pół roku panują egipskie ciemności, a przez resztę czasu słońce udaje, że świeci? Kraju, gdzie lato to pora roku z temperaturą około 10 stopni Celsjusza. Kraju, gdzie pogoda tak determinuje życie ludzi, że nawet najpopularniejszy blog o sprawach polityczno-społecznych nazywa się The Icelandic weather report, czyli prognoza pogody dla Islandii. Nie, dopóki się tego nie doświadczy na własnej skórze.

Noc polarna dla człowieka urodzonego w Europie środkowej jest tak samo dojmującym przeżyciem, jak dzień polarny. Dlaczego noc polarna to chyba jasne. Jest non-stop ciemno. Zimno. Człowiekowi cały czas chce się spać, jest przygnębiony i ciągle by tylko jadł gorące, kaloryczne potrawy. Albo pił. Ale że dzień polarny jest niehalo? To pewnie przesada. Przecież cały czas świeci słońce. Nawet o drugiej w nocy. Przyjemnie, prawda? Nic bardziej mylnego. Dzień polarny jest potwornie wyczerpujący. Szyszynka wariuje i nie wie, kiedy ma wysyłać człowiekowi sygnał do snu, a kiedy do pobudki. W efekcie organizm jest wygłupiony. Człowiek nie może spać. I jest nieludzko zmęczony. Paradoksalnie tęskni za nocą. Za ciemnością. A ta już czyha za rogiem, bo przecież już we wrześniu zaczyna się dzień skracać i to z szybkością wybuchu wulkanu.

Jak w takim kraju nie mieć depresji i nie zapijać się na umór? A jednak. Islandczycy mają na to swój sposób. Czytają. I to w dużych ilościach. Albo piszą. Też w dużych ilościach. Islandia ma tylko 320 tysięcy mieszkanców, ale chyba w żadnym innym kraju na świecie nie przypada więcej pisarzy na jednego mieszkańca niż tu. Może z tego tytułu Reykjavik został  wybrany przez UNESCO Miastem Literatury. Także tu co roku odbywa się literacki festiwal, a w zeszłym roku stolica Islandii była gospodarzem Frankfurckich Targów Książkowych. Ciekawostką jest także coroczna tzw. jóla bókaflód, co dosłownie oznacza książkową powódź przed Gwiazdką. Zaczyna sie już w połowie października i trwa do samych świąt. Wydawnictwa publikują nowe tytuły i prześcigają się w ilości drukowanych książek. Księgarnie zostają zalane ogromną ilością tytułów. W okresie przedświątecznym nawet najbardziej znani autorzy sprzedają książki w księgarniach, a ulubionym prezentem Islandczyka pod choinkę jest oczywiście książka.

Pytanie, skąd tyle zamiłowania do literatury w tym małym narodzie, nasuwa się samo. Islandczycy od zawsze musieli zmagać się z surową naturą. Musieli znaleźć sposób, żeby przez te długie, ciemne wieczory zimowe nie zwariować, kiedy siedzieli w jednej izbie, która była i sypialnią, i salonem, z całą rodziną i zwierzętami domowymi. Za drzwiami hulała śnieżyca, a w chałupie przy ogniu rodziły się opowieści, słynne sagi islandzkie. Bohaterami sag byli bandyci żyjący w grotach, trolle i złośliwe duchy rozbitków. Były to opowieści, które zawsze wzbudzały dreszczyk emocji. I strach. Czy trolle i złośliwe duchy naprawdę istniały? Czy były tylko wytworem wyobraźni? Jak mi kiedyś powiedział pewien Islandczyk, to, że czegoś nigdy nie widzieliśmy, nie dowodzi jego braku istnienia. Zresztą, każdy, kto był kiedyś na islandzkim klifie, gdzie ryk morza miesza się z wrzaskiem mew, a huk wiatr do złudzenia przypomina krzyk człowieka, nie będzie się niczemu dziwił. I uwierzy w trolle. Bo tak jak nasze ludzkie ciała potrzebują pożywienia, żeby przeżyć, tak nasze dusze potrzebują tych historii. I Islandczycy o tym dobrze wiedzą. Dlatego warto tam pojechać, żeby na własne oczy i uszy się o tym przekonać. I uwierzyć w trolle.